<< Opowiadania czytelniczek
Neon      poniedziałek, 19.06.2017

Galba

Oceń ten artykuł
średnia:

5

(1 głos)

Stres w małych dawkach działa motywująco. Natomiast długotrwałe jego działanie, może nieźle zaszkodzić.

Przeceniając swoje możliwości, doświadczyłam destrukcyjnych skutków pracy w permanentnym napięciu. Nieustanne pragnienie bycia najlepszym w korporacyjno-stachanowskim wyścigu, niesie za sobą przykre konsekwencje. W grudniu pewnego roku nie dobiegłam do mety. Organizm wyraził stanowczy sprzeciw wobec codziennej, kilkunastogodzinnej pracy. I tak znalazłam się w szpitalu.

 

Moim zdrowiem zajmowała się niezwykle piękna neurolog. Doktor Natalia. Jak ją zobaczyłam pierwszy raz, poczułam do niej silną miętę. Wydawała się mieć spokojną naturę, ale to były tylko pozory. Z zaciekawieniem nie mogłam napatrzeć się jej nietuzinkowej urodzie, szczupłej sylwetce, kocim oczom kryjącym się pod okularami, a co najważniejsze uśmiechniętym ustom, które od czasu do czasu podniecająco nadgryzała. Całość była harmonijna i przemyślana.

 

W atmosferze można było wyczuć gromadzące się już od pierwszego spotkania cząstki pożądania. Atmosfera gęstniała z dnia na dzień. Natalia w umiejętny sposób, jakby urodziła się ambasadorem Świata, dobierała słowa. W swym doborze była trafna i nieprzewidywalna. Prowadziła prawie każde moje zdanie. Robiła to bardzo profesjonalnie i rzetelnie. Jak kowal, kuła słowa, formowała je, wytapiała, hartowała, kuła ponownie aż do ostygnięcia...

 

Jak przychodziła Natalia, odruchowo się wzdrygałam. Z całych sił walczyłam ze sobą i swym podnieceniem. Czasem przegrywałam i wtedy gadałam straszne głupoty. Wiem, że byłam twardzielem. Takim mnie życie stworzyło. Przy Niej topniałam. Robiłam się „wilgotna”.


Pamiętam, jak jednego dnia, palnęłam coś w stylu: „Kochanie się jest największą frajdą, jaką można mieć bez śmiechu...” – zastygłam wtedy porażona własną głupotą. Natalia uśmiechnęła się do mnie bardzo zalotnie i puściła do mnie oczko. To oczko. Oczko, które sprawiło mrowienie na skórze, pod skórą, w każdej komórce, z której byłam zbudowana.

Wtedy stało się coś, o czym marzyłam bardzo skrycie. Podeszła do mnie, pochyliła się, wsunęła dłoń pod moją kołdrę i delikatnie przejechała palcem po mojej pulsującej i mokrej szparce.

Była ubrana w biały kitel. Oczy wędrowały zahipnotyzowane za Jej dwiema ślicznymi i kształtnymi piersiami. Za Jej ciałem. Wstałam zniewolona — nie słysząc już nic, nie widząc już nic.

 

Ocknęłam się dopiero w małym gabinecie do badań. Wszystko wirowało mi wokół głowy. Natalia oznajmiła, że skończyła już dyżur i mamy dla siebie dużo czasu. Zaczęłyśmy eksperymentować.

Nasze oczy wspólnie tańczyły Galbę. Prowadziły się wzajemnie po całym pokoju. Dopełniały się. Przenikały. Muskały swym blaskiem, rzucając sobie wzajemnie iskry, których produkowania nie mogły zaprzestać. Poza naszymi głowami panowała cisza. Natomiast w głowach miarowo grała orkiestra.

Wreszcie taniec oczu zastąpił walc języków. Końcówkami delikatnie muskały się, oddając sobie nagromadzoną energię. Raz mocniej, raz delikatniej prowadziły swoją taneczną grę. Walc zamieniał się w szybki swing, aby przekształcić się zwariowane disco, następnie w rumbę i sambę, poprzez salsę na tańcu sportowym klasy „S” kończąc.

Wylądowałam na małym łóżku szpitalnym do badań — zostałam tam pchnięta. Naturą rzeczy — nie sprzeciwiałam się. Ona była na mnie. Jej ciało doskonale wpasowało się w moje. Czułam całą jej kobiecość i wysportowaną sylwetkę. Twardą i jędrną. Zarówno piersi, jak i pośladki.

Dość szybko poradziłam sobie z naszym odzieniem. Odsłonił się cud natury. Tak natura tworzyła piękno. Patrzyłam na Jej piersi. Delektowałam się ich każdym centymetrem. Były doskonałe. Bóg jest doskonały. One mówiły do mnie — przemawiały. Tak jak przemawiał ich kształt, to z pewnością przemawiała ta słodka symetria. Piękność. Ręce to samo twierdziły, co mój wzrok. Potem język.

Natalia z zamkniętymi oczami lekko i radośnie jęczała. Były to jęki rozkoszy. Pachniała cudownie. Pieszczoty połączyły się z kąsaniem, drapaniem, głaskaniem, cichym szeptaniem, na przemian śmianiem i chichotaniem.

 

Nagie na łóżku przerobiłyśmy część poradnika Van de Velde'a, którego znałam na pamięć. Teoria z praktyką jak często bywa – odbiegały od siebie. Natalia namiętnie przechodziła od jednej praktyki w kolejną. Próbowałam jej dorównać, ale nie musiałam. Poddałam się po pierwszej godzinie gry wstępnej. Gdy jej języczek dotknął mojej, nierozłącznej towarzyszki cipki — odleciałam. Wtedy postanowiłam przejąć inicjatywę i przełożyłam ją pod siebie — ruchem bardzo pewnym siebie — nie dając jej możliwości oponowania. Tym razem ona poddała się mnie. Z ogromną przyjemnością zjechałam w dół, tym razem do Jej nierozłącznej towarzyszki, jeszcze raz potwierdzając swoją teorię o wzajemnym podobieństwie ust kobiecych, że tak naprawdę nie trzeba oglądać kobiety nago, aby wiedzieć, jak tam wygląda.

Jęki, krzyk, namiętność, wdech i wydech, walkę powietrza w płucach było dać się odczuć. Dla mnie był to afrodyzjak. Im bardziej się wiła, tym bardziej mi sprawiała radość. Trzymałam jej uda tak, aby bardziej kontrolować całość. Wrodzona delikatność, sprawiała błogostan. Czułam, że to działa. Działało. Działało tak bardzo, że Natalia doszła. Po pierwszym razie i po piętnastu minutach doszła ponownie. Nie chciałam kończyć. Jej łechtaczka coraz bardziej wilgotniała.

Na przemian uprawiałyśmy seks oralny. Przez chwilę widziałam ciemność. Paznokcie wbijałam w pościel. Czułam cały ocean niewiedzy. Mrowienie od czubka głowy, aż po końcówki stóp. Fale ciepła rozkoszy uderzające z lewej burty ciała po drugą. Leciałam. I był to lot doskonały. Na najwyższym pułapie lotu widziałam i rozmawiałam z aniołami. Nie pamiętam o czym, ale były to anioły. Pamiętam blask ich skrzydeł. Trwało to dłużej niż wieczność. Potem się dowiedziałam, że dość szybko doszłam i to z trzy razy. Kompletne zamroczenie.

 

Po wylądowaniu Natalia usiadła na kolanach tyłem do mnie. Nie dyskutowałam. Nie było czasu. Na taki widok zaniemówiłam. Doskonałość kształtów. Wysportowane ciało oddawało co najlepsze.

 

„Rób mi dobrze” - powiedziała bardzo pewnie. Nie oponowałam. Na dwie kolejne godziny odjechałam w tańcu. Totalnie. Cała. Każdy ruch, każda pozycja, każde dotknięcie były magiczne.

To, co się działo —  inny taniec do tego na początku. Odmiana bardziej szamańska. Taka otwierająca czakramy.  Galba — ostatnia szamanka z Mongolii. Niezapomniana Galba. otworzyła mnie na Świat. Zrobiła ze mnie bardziej świadomą i pewną siebie kobietę.

Czułam, jakbym narodziła się ponownie. Były to narodziny pełne potu, jęków, krzyku, paru ran i zadrapań. Nadwyrężyłam sobie lewy pośladek. Skręciłam kostkę w prawej stopie. Przetrwałam. Szczęście wypełniało moje ciało i duszę.

Położyłam się. Ona na mnie. Całowałyśmy się i pieściliśmy do rana. Takiego przeżycia nie odnotowały żadne księgi pisane przez mędrców tego świata. Jazda bez trzymanki. Bez barier. Bez zahamowań.

Czytany 914 razy

Podobał Ci się ten tekst? Podziel się nim z innymi:

Dodaj komentarz


Kod antyspamowy
Odśwież